Lot w Tignes

To były wakacje u podnóża Mont Blanc. W Tignes, luksusowym kurorcie dla bogatych turystów. Poniżej zostało Chamonix, urocze drewniane miasteczko i tysiące roześmianych ludzi. Tutaj w Tignes było inaczej, wyżej, bardziej kręto. Dojechaliśmy w nocy serpentynami, między mną a stromą przepaścią jedyną granicą były drzwi samochodu. – Mamy małych dziewczynek tak łatwo nie umierają, mruczałam do siebie i powtarzałam na głos do chłopców stłoczonych na tylnym siedzeniu.

– Ja nie jestem mamą małej dziewczynki – zapłakał jeden z nich.

– Ale ja jestem.

Oni jechali zobaczyć się ze swoją mamą. Ja jechałam na wakacje.

Każdy ma swój cel w życiu, inną motywację. Oni chcieli kontaktu i bliskości, ja chciałam spokoju i odpoczynku.

Tak myślałam.

Ostatnie zakręty pokonywaliśmy ciemną nocą, po całym dniu jazdy przez Europę, teraz Europę bez granic, dobrotliwie przyjmującą w swoje objęcia Polaków, Włochów, Francuzów, Niemców…

Strażnicy na pootwieranych granicach palili papierosy i uśmiechali się do nas. Nikt nie sprawdzał paszportów. Zapach świeżo koszonych łąk, piękne katedry, kawa smakująca odcienami poszczególnych kultur. Jechałam, dawałam się wieść gdzieś w bliżej niedopowiedzianą drogę. Kilometry autostrad.

„Ich bin ein Berliner in Berlin”, jak powiedział Kennedy.

Moja narodowość zmieniała się jak kolory kameleona.

Ostatni zakręt wypluł nas w czarną pustkę, która okazała się wąskim przesmykiem, skrótem prowadzącym do Tignes.

Pierwsze dni były leniwe. Chodziłam po pagórkach, leżałam na trawie, pozowałam do zdjęć. Piłam wino i próbowałam alpejskiej kuchni.Chłopcy dużo się śmiali i często znikali sprzed moich oczu.

– Mam znajomych zajmujących się skokami na paralotni, może chcecie spróbować? – Zapytała ich mama.

Nawet tu, w Tignes powietrze było ostre i rozrzedzone. Mieliśmy skakać prawie spod samego lodowca. Poczułam niepokój.

Francuzi wywozili nas w górę starym rozklekotanym jeepem. Tumany kurzu wzbijały się w powietrze. Zaczęłam kaszleć.

– To normalne, powiedział jeden z nich. – Minie.

W piersiach czułam serce: tum-tum, tum-tum, tum-tum-tututu. Będę miała atak astmy, panikowałam w myślach. Zaraz umrę…Nie, nie skoczę, nie ma takiej opcji.

Łąka na której zatrzymali samochód była piękna. Stroma, szmaragdowa, przestrzenna. Podszedł do mnie Jean. – I speak English, a little. Uśmiechnął się. Zaczął rozkładać sprzęt. – We will do it together.

Mam skakać z obcym człowiekiem, którego angielski brzmi jak francuski? O Jezu!

Przełknęłam ślinę. Podeszłam bliżej.

– Ile razy już skakałeś w życiu?

– Ooo, ciężko powiedzieć. – odparł spokojnie. Wiele sezonów, wiele godzin w powietrzu. Ale każdy skok jest inny: wiatr, temperatura, ciężar.

– A co masz w tej torbie? – pokazałam ręką na jego plecak. – Spadochron?

– Nie, roześmiał się, to torba na paralotnię, kiedy wylądujemy.

Tak, kiedy wylądujemy. Dobrze powiedziane.

Popatrzył na mnie spod oka:

– Rób to co powiem a będzie dobrze. Tam jest bardzo pięknie. Popatrzyłam w górę, pochłonęło mnie niebo.

Wzięłam wdech, coś w środku powiedziało mi: spróbuj. Inaczej będziesz żałowała, że nawet nie spróbowałaś.

Jean ubrał mnie w uprząż, później siebie. Ustawił nas twarzami w dół stoku i powiedział:

– Magdalina, do you see that valley below? Just run towards it. (Widzisz tą dolinę poniżej? Po prostu biegnij w jej stronę).

Zaczęliśmy biec, porwał nas silny wiatr, rozpiął na niebie jak wielki latawiec. Moje serce biło w rytm podmuchów powietrza.

Widziałam śnieg na szczytach Alp. W tamtym rejonie na lodowcu jeździ się na nartach cały rok. I widziałam małe wioski, miasteczka, kręte drogi, serpentyny śmierci, jak je nazywają. Błękitne jeziora, niezwykłego kolorytu. I widziałam też siebie, jakby z boku, wczepioną w linki lotni, unoszoną na skrzydłach Ikara.

– A więc skoczyłaś? – zagadnęła uprzejmie Izabela przy kolacji.

– A ty nigdy nie próbowałaś? – zdziwiłam się.

– Nie, o nie!! To niebezpieczne, wiele osób ma wypadki. Ginie…Miły ten Jean. – zmieniła temat. – Spodobał Ci się?

– Ma coś w sobie. Zresztą wspólne skakanie zbliża.

Chociaż to był mój skok, mój pęd, mój lęk.

Moja bliskość i spokój w sercu pulsującego życia.

Tekst: Magda Skomro

Zdjęcie: Tignes –  AndyParant.com

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *