Kraków zaległ pod okapem ze smogu. Lepko-mglisty, szary i duszący docisnął mnie jeszcze bardziej do ziemi i sprawił, że stałam się na nowo cząstką chaotycznej, nieokreślonej materii z której kiedyś wyłoni się treść. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czas na symulowanie oddechów, byle nie za głęboko, nie za dokładnie. Szorowanie języka z niesmaku bytu. Czarną herbatę, bo jest wyrazista i jednoznaczna. Chleb z masłem i żółtym serem, bo działa jak naturalny antydepresant.
Grudzień dławi. Ogranicza przyrodę i otoczenie, wzmaga marudność zwierząt wyprowadzanych na spacer i niespiesznie przechadzających się gołębi.
Grudzień stawia pytania. Na przykład o sens cykliczności czy powtarzalności. O początki i końce. O sensowność. O nadzieję, że pomoże witamina D.
Grudzień w swoim wymiarze jest jakiś ostateczny. Ostatni miesiąc w roku. Ostatni gasi światło. W tym przypadku też tak jest.
Czas zaprasza mnie do rozliczeń. Jednocześnie smog, który tylko z rzadka bywa mgłą ciągle łudzi i rozprasza. Jeśli się łapię na tę ułudę, łatwo później jestem rozczarowana. Doświadczam rozczarowania iluzją, której sama wypatruję, błędne koło bo tonący chwyta się wszystkiego. A potem następują rozliczenia. Rozliczenia z kolei bywają gorzkie. Czasami tylko trudne, lub uczciwe, bez ucieczek, jednak z perspektywy końca roku jest ich stanowczo za dużo i potrafią sięgać wiele lat wstecz. Tak łatwo jest rozpamiętywać kiedy świat przypomina pejzaż z dramatów Czechowa.
Może jednak w ciągu roku potrzebujemy takiego miesiąca na gorzkie żale, po to aby później odbić się od dna i wezbraną falą wpłynąć w karnawał stycznia i z energią tworzyć kolejne postanowienia noworoczne, z których rozliczymy się dopiero za trzy kwartały?
Jerzy zrobił mi herbatę. Na wyraźną prośbę, ale i bez prośby. Skoro tylko herbata ma smak, mam całe morze herbaty: Earl Grey w tysiącu odsłon. Ma w sobie bergamotkę, połączenie gorzkiej pomarańczy i cytryny. Chociaż tutaj przebija się odrobina światła.
W takich chwilach zaczynam pisać. Otwieram zeszyt. Tym razem z okładki patrzą na mnie bohaterowie powieści Jacka Kerouaca „On the road” – W Drodze. Niezwykłej biblii beatników, dla których słońce świeciło przez cały rok, a mimo wszystko to benzedryna wytyczała ich wewnętrzny rytm, bo „Leżeliśmy na plecach wpatrzeni w sufit i zastanawialiśmy się, co też Bóg najlepszego zrobił, kiedy sprawił, że życie jest takie smutne.” A więc nawet jak jest słońce to może go nie być.
Zeszyt dostałam w prezencie. Pięknie wykonany, długo już czeka na moim stole; nie mogę się zdecydować aby go zniszczyć moim niecierpliwym, nierównym pismem. Myślami, które przestaną być ważne czy aktualne już za miesiąc lub dwa, może szybciej.
Jednak teraz wydaje mi się jedynym ratunkiem, jedyną możliwością ponieważ dzięki tej powieści w największym grudniowym mroku pamiętam, że może być inaczej. Dzięki niej tęsknię do czasu kiedy znowu zacznie grać muzyka, zaświeci słońce a ja podniosę głowę i zapłonę jak pierwsza Gwiazdka, jak wigilijna choinka, jak ogień w Święto Światła. I powiem w zachwycie: Oooo! Czując, że znowu żyję:
„(…) bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy (…)”
Więc jeszcze raz, nam wszystkim: Ooo!
Koniec
Tekst: Magda Skomro
Zdjęcie: własne, okładka notatnika Paperblank