DUCH POLSKOŚCI PRZYCHODZI NA KOLACJĘ

Przez wielkie okna restauracji oglądaliśmy z Jerzym wieczór. Halloweenowe grupy roześmianej młodzieży, światła miasta pulsujące czerwienią, złotem i zielenią, odbijające się od lekko wilgotnych chodników i ulic. Ja piłam wino, Jerzy zimową herbatę. Oboje wciśnięci w fotele stanowczo za niskie w stosunku do stolika, próbowaliśmy łapać chwile bliskości i odpoczynku na tle Dziadów i demonstracji w Warszawie pod Trybunałem Konstytucyjnym. Ponieważ jestem dzieckiem stanu wojennego i armatek wodnych oglądanych przez okno autobusu 125 kursującego między Nową Hutą a Podgórzem, to właściwie do większości informacji z ostatnich lat, z pandemią włącznie podchodzę z dużym spokojem. Pogodziłam się z tym że wielkie i mniejsze wydarzenia tego świata mają na mnie wpływ, jednak przy odrobinie wewnętrznego uporu nie tak duży aby rujnować mi rzadkie momenty odpoczynku i rozbawienia. Humor zawsze pomagał mi złapać dystans, a ponieważ to żadna różnica dla osób postronnych co myślę kiedy coś się dzieje, wbrew obiegowym opiniom że my panny mamy wszystko wypisane na twarzy, zawsze wybieram wewnętrzny dygresyjny dowcip.


– Czyli że nadal mamy zamach stanu? – zapytałam przeżuwając ser halloumi obsypany pestkami granatu niby Persefona schodząca za chwilę do Hadesu.
Jerzy nie miał pewności, ale zaproponował żebyśmy kupili plecak ewakuacyjny z wyposażeniem, co było ostatnio jego częstą propozycją. Podobno jest dużo reklam na mieście więc jak widzicie przekaz podprogowy działa jak jasna cholera.
Ostatecznie ustaliliśmy, że zrobimy zapasy wody.
– I świec! – ożywiłam się. Widziałam niezłą promocję. Tak zatem kupiliśmy świece o wdzięcznych nazwach Let it snow oraz Spiced Gingerbread, które mają się palić dwa miesiące, więc na potencjalne problemy z prądem jak znalazł.


Po powrocie do domu kilka pestek granatu wypadło z kieszeni kurtki i potoczyły się w stronę biblioteczki. Cienie rzucane przez świece wydłużyły się i przyjęły postać guślarza i uczestników obrzędu. Na stole pojawiła się kutia, miód, jajka i butelka wódki. Próbowałam to wszystko lekceważyć, pamiętając że błona między światami cienka i wypada być tolerancyjną dla każdej odmienności, ale kiedy usłyszałam: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?” odpuściłam. Zapaliłam im świecę Let it snow i pozwoliłam usiąść przy stole. Ostatecznie co tradycja to tradycja.
Przyszły do nas różne Dusze. Jedne opowiadały o miłości, inne o tęsknocie, jeszcze inne o chciwości albo o tym jak było przed i po wojnie. Dowiedziałam się kto gdzie leży, kogo nikt nie odwiedza i kto czego żałuje. Jerzy dyskretnie wymienił wódkę na koniak i nawet dobrze nam szło.


Na końcu jednak przyszedł Duch Polskości i zrobiło się trochę jak w Dolinie Muminków, kiedy nadchodziła Buka: ciemniej, zimniej, knoty świec przygasły. Duch, przyzwyczajony do tego, że wszyscy patrzą i drżą, nie mówiąc ani słowa, stanął zrezygnowany na środku mojego salonu i wyrecytował:
„Przynajmniej ja sam – jako wytwór ducha polskiego – jestem dla siebie niezwykle atrakcyjny. I z wielką ciekawością sobie jako Polakowi – oraz innym wytworom tego ducha, innym Polakom – wciąż się przyglądam.”


– Coś nie widać w Tobie tej ciekawości – zauważyłam po chwili. -Ale chodź, ty nam też coś opowiesz. Tylko może tym razem zaczniemy od końca, nie upierając się że musi być jakiś początek. Może wtedy będzie nam łatwiej, bez dźwigania tej całej martyrologii i przedmurza chrześcijaństwa. Siadaj, wyrównajmy szanse w stosunku do Europy i jej przeszłości. Żeby już nikomu nie było głupio, że chciałby sobie tak zwyczajnie pożyć, bez składania siebie w całości na ołtarzu.
Duch usiadł, podałam mu pestki granatu sprytnie wymieszane z makiem w kutii. Duch Polskości zaczął snuć sen o szczęściu i dobrobycie. O miesiącach odpoczynku i miesiącach rozkwitu, o nadziei i uśmiechu a wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem aż do rana.

Tekst: Magda Skomro

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *