Cukierek albo psikus. W sumie wszystko zależy od punktu widzenia. Możesz obchodzić sylwestra czarownic w fioletowej peruce i ze łzawą opowieścią o tym, że kobiety czarowanie mają we krwi. Albo możesz obchodzić, ale się nie chwalić i robić to, co uważasz za stosowne. Zupełnie jak Sting, który ma winnicę i nie tłumaczy nikomu, dlaczego uprawa winorośli może być pasją życia. Czy to oznacza, że marnuje swój talent, czy może właśnie go rozwija? A może w ogóle nie ma obowiązku rozstrzygać takich dylematów?
Gdyby tak dopuścić możliwość, że granica pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, kim moglibyśmy się stać, jest cienka, a skutki jej przekroczenia nieprzewidywalne? Że dopuszczenie do głosu całego siebie, również tego, co nieznane i niewygodne, pozwala przekroczyć ograniczenia ego i zbliżyć się do tego, co Jung nazywał Jaźnią (Self)? Czy w ogóle istnieje jedna droga? Ta do Damaszku, na końcu której czeka oświecenie?
Kiedy idę do pracy, mijam park kieszonkowy i alejki pełne żółtych liści dookoła. A tam długa rura, która wydaje się nie mieć początku, ale ma koniec, tuż obok moich nóg, jakby mrugała do mnie. Rura wydaje się być bez sensu, no chyba że jest jakimś tajemniczym, a jednak trywialnie oczywistym łącznikiem między światami. Kusi mnie, żeby pójść i poszukać, gdzie się zaczyna. Może w miejscu, gdzie kończy się tęcza albo rośnie Disneyowska fasola wysoka aż do nieba?
Czemu by właściwie nie chodzić i nie sprawdzać początków? Biblijnego Raju, Księgi Rodzaju, Koranu i Wed? Czemu nie potraktować wszystkiego jako propozycji wyboru, która nakłada jakąś interpretację, ale nas zupełnie nie ogranicza?
U moich dziadków w salonie wisiał na honorowym miejscu Sąd Ostateczny. Dosyć przyjemny dla oka, kolorowy, niekoniecznie traktował o końcu świata. Ja przynajmniej długo traktowałam go jako dekorację. Pamiętam, że już jakiś czas mieszkałam tam sama. Przyszedł do mnie kolega, a ja mu szpanuję tą pamiątką rodzinną. Był zachwycony, historyk z wykształcenia. Zobaczył w tym obrazku nadzieję na mój moralny upadek bez konsekwencji w wymiarze wiecznym. Zresztą zupełnie słusznie.
W tej samej ramie stoi teraz u mnie w przedpokoju kryształowe lustro. Ciągle nie mogę na nie znaleźć miejsca, bo feng shui sugeruje, że to, co w lustrze się odbija, wróci podwojone. Ponieważ nie mogę się zdecydować, co mam podwoić, i jakoś ciężko mi przyjąć za to odpowiedzialność, to na razie w lustrze odbija się ściana. Teraz, jak o tym myślę, to jednak nie wydaje się ona optymalnym wyborem. Rodzi zbyt dużo frustracji i ograniczeń.
Dawniej lustro służyło do autohipnozy i kontaktu z zaświatami. Intensywne wpatrywanie się we własne odbicie mogło wywoływać efekt rozmycia tożsamości, z którego często wyłaniał się inny obraz. Nie bardziej rzeczywisty, tylko po prostu odmienny. To stosunkowo łatwa metoda na dostrzeżenie czegoś więcej niż to, co uznajemy za siebie i za nasze. Większość ludzi czuje się z tym nieswojo: poszerzenie granic i wolność rodzą samotność, jak już stwierdzili egzystencjaliści.
Oczywiście nie ma co przesadzać z tą całą powagą. Można to sprowadzić do prostego rozwiązania, w którym jest tylko to, co jest, i to, o czym nam powiedzieli, że jest. Tak zwana rzeczywistość uzgodniona. W której po prostu istnieją synchroniczność, niezwykłe zbiegi okoliczności i déjà vu. Chodzi tylko o to, żeby traktować je rozłącznie i incydentalnie. Bo jeśli uznamy, że to jakaś całość, to rzeczywiście będziemy mieli koniec świata, przy którym fajerwerki z okazji Halloween to pikuś.
Tekst: Magda Skomro

