Październik zbliża się do swojego zmierzchu – dosłownie. Zmiana czasu dodała ciemności, gęstości i ostateczności każdej popołudniowej godzinie, a te poranne zrobiły się mgliste, dymne i oszronione. Drobnymi krokami, nieco ślizgając się po żółtych liściach na chodniku wchodzimy w listopad: w czas kiedy światy się do siebie zbliżają, przenikają. Nic już nie jest oczywiste: ani uczucia, ani pory dnia, ani spotykani ludzie. W listopadzie dodaję cynamon do kawy, która staje się przez to jeszcze bardziej słodko-gorzka, wyrazista i lekko szczypiąca w czubek języka. To szczypanie pozwala na chwilę powrócić do rzeczywistości, obudzić się z tego snu o cieniach przemykających pomiędzy drzewami, głosów odbijających się od ścian, przypadkowych drobnych przedmiotów które giną a potem znajdują się w najdziwniejszych miejscach. Fakty, zapisane w kalendarzu umówione spotkania nakładają się na siebie a siatka ulic w Krakowie ulega rozpłynięciu, rozlaniu ponad czasem: jedne zdarzenia nakładają się na inne, a mój umysł w irracjonalny sposób zaczyna interpretować godziny. Ludzie utykają w samochodach w ulicznych korkach bez specjalnej przyczyny a autobusy i pociągi spóźniają się, jakby na złość lub po prostu wbrew ustalonemu porządkowi.
W takie dni mogłabym zapytać siedząc w pustym salonie: czy ktoś tutaj jest oprócz mnie? Zawsze ktoś przychodzi, nigdy nie jestem sama. Nie potrzebuję żadnej tablicy ouija, spirytyzm mam w czubkach palców, jak każda kobieta w mojej rodzinie. Siadam na kanapie i układam luźno ręce: kiedy zadaję pytanie dostaję odpowiedzi na tak lub nie za pomocą palców dłoni albo gotowe zdania pojawiają się pozornie znikąd w mojej głowie. Zdania często opowiadają dłuższe historie. O miłości i przemijaniu, o tym jak ktoś przeżył życie lub nie przeżył, o mądrości i o upartości, o tym jak to jest dzień za dniem żyć bez nadziei. Czasami się przekomarzamy, czasami długo milczymy. No bo co jeszcze można dodać do tej powtarzalnej wieczności?
Te dialogi są na pewno o wiele mniej spektakularne od seansów spirytystycznych, na których moja babka cioteczna Helena robiła za medium. Tam można było przeżyć emocje godne podróży wagonikiem kolejki po rollercoasterze w wesołym miasteczku. Mam nadzieję, że ciotka nieźle zarabiała na tych pokazach, gdzie trzeba było się wysilić, postarać o sensację, wywołać trans i spazmy, żeby było o czym plotkować przez kolejny tydzień albo dwa. Czasami zastanawiam się czy byłabym równie skuteczna i z żalem przyznaję, że chyba takiego talentu jak ona nie mam. Może i dobrze, bo pod koniec życia do Heleny w nocy przychodzili święci i sam Pan Jezus, a mnie by było jednak nieco niezręcznie przyjmować tak szacowne grono w małżeńskim łożu, zwłaszcza w trakcie grzesznych małżeńskich zabaw. Wystarczy że od czasu do czasu zajrzy do mnie Czawakijach, mój anioł stróż. Do jego numerów typu: Alleluja, obudź się już czwarta! przyzwyczaiłam się. Tak samo jak do niespodziewanych przeskoków w czasoprzestrzeni kiedy nagle znajduję się w starym Podgórzu i śpię w swoim pokoju, do którego wpada blask ulicznej latarni.
Może zamiast czekać na nie wiadomo na co, pozwolę aby listopad wyśnił mi się do końca. A potem przyjdzie grudzień i będę czekała na prezenty od świętego Mikołaja. Łatwo mi w niego nadal wierzyć, skoro wierzę we wszystko inne. Prawda?
Tekst: Magda Skomro

