Zaczęłam oglądać serial „Jeździec bez głowy”, zacięcie pedałując na orbitreku, co mogłoby być pewną odległą analogią do tego rodzaju ćwiczeń. Szybko okazało się, że jest to film przygodowy z elementami horroru, ale takiego bardziej z „Sandmana” niźli z „Ulicy Wiązów”.
Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię horrorów, nie śmieję się na nich i nie szukam ich specjalnie po to, żeby się rozluźnić. Podobno jest to dowód na to, że jestem w kontakcie ze swoimi emocjami oraz na tyle wrażliwa, żeby czerpać przeżycia z takiego codziennego, nudnego świata, jak na przykład promocja dwa plus jeden w Rossmannie.
No dobra, niestety, zanim zorientowałam się co do prawdziwej natury tego filmu – a zawsze potrzebujemy czasu, aby rozpoznać prawdziwy charakter czy intencje – poczułam sympatię do głównego bohatera oraz zainteresowałam się tym, jak to się wszystko skończy. Co prawda, skoro to serial, to pewnie się nie skończy, tylko skomplikuje, żeby mogło powstać dziesięć kolejnych sezonów, coraz bardziej krwawych i bezsensownych. No ale trudno: złapali mnie.
Kiedy samotne pedałowanie wieczorem w domu, w towarzystwie czarownicy, która odkopywała swoje prochy, i piaskowego ludzika zamieniającego ludzi w zombie za nieudzielenie pomocy, stało się zbyt dużym wyzwaniem dla mojej wyobraźni, przerzuciłam się na robienie orbitreka rano.
Ta decyzja diametralnie odmieniła perspektywę grozy bijącej z filmu, zgodnie z zasadą, że strachy znikają w świetle dnia. Teraz czułam się jak na „Poszukiwaczach zaginionej Arki”. Niestety, sama historia straciła na uroku. Coś za coś.
Chyba z naszym mózgiem jest podobnie: zmiana perspektywy, wynikająca z wewnętrznej decyzji czy przekonania, wpływa na to, co wyłuskujemy z otaczającej nas rzeczywistości i na co zwracamy uwagę.
Na przykład, jeśli uważam, że ludzie są ogólnie nieprzyjemni i niegodni zaufania, to będę znajdowała w świecie te sytuacje, które będą to potwierdzać. Gdybym jednak uznała, że może być różnie, to będę spotykała i takich, i takich. Jeśli z jakiegoś powodu uznam, że ludzie są ogólnie w porządku, tak samo jak ja, to przypuszczalnie w większości przypadków będzie okej i z nimi, i ze mną. A jeśli nie będzie okej, to będę mogła uznać, że to taki wyjątek od reguły. A skoro wyjątek, to reagować trzeba, ale nie za bardzo.
No i tutaj może dojść do smutnego zjawiska, w którym mój uzależniony od doznań mózg znudzi się na chwilę tą przewidywalnością i uszyje na bieżąco jakąś mini dramę, żeby się doładować. Jednak jeśli mam świadomość, że to jedynie gierki mojego zdesperowanego umysłu, mogę znaleźć jakiś substytut, czyli na przykład horror.
Może z czasem horrory też staną się niepotrzebne i będę mogła sobie tak po prostu wieczorem pić kakao z piankami i słuchać jazzu.
No to by było dopiero coś!
Tekst: Magda Skomro

