DZIŚ MAM ALERGIĘ NA OCZEKIWANIA

Są takie dni, kiedy z założeń robią się nici. Albo nic. Małe nic lub wielkie nic – to zależy. Zazwyczaj jestem wtedy sobą rozczarowana i ten stan sprawia, że utykam ogólnie: czy to chodzi o zrobienie kolejnej kawy, czy też o wyjście na spacer. Bo skoro plan się nie ziścił, to właściwie po co cokolwiek kontynuować? Zgodnie z zasadą każdej osoby na diecie: skoro dzisiaj się nie udało, to znaczy, że nie ma sensu próbować dalej. I tak zamiast jednego dnia bez diety mamy kolejne trzy miesiące rezygnacji. Lub więcej.

Co przypomina mi dowcip ze starego kabaretu „Z tyłu sklepu warzywniczego numer 80 w Opolu”. Przychodzi Bolek i mówi: „Traktor jest zepsuty”. Na to konferansjer: „Bolek, przestań szerzyć defetyzm. To nie traktor się zepsuł, tylko jedno koło się zepsuło”. Na co Bolek: „Jak jedno koło się zepsuło, to cały traktor nie działa”.

Mój traktor nazywa się PLAN. Nie jakiś mały plan, PLAN dotarcia do celu. Celem natomiast jest PERFEKCJONIZM. Oj, nie brzmi to za dobrze, zwłaszcza że na kanapie leży książka Marion Woodman „Uzależnienie od doskonałości”. W wielkim skrócie: doskonałości oddajemy duszę, ciało i całe swoje życie, byle tylko dopasować się do patriarchalnej kultury i jej wyobrażeń o tym, jacy powinniśmy być. Nie wiem, czy macie tę książkę czytać. Może ostatecznie wystarczy uznać, o czym ona jest. A potem jeszcze spróbować jakoś z tym żyć.

W każdym razie dzisiaj jak mniej więcej codziennie miałam doskonały plan. Plan obejmował aktywny odpoczynek, rozsądny trening, fantastyczny poziom energii, właściwy poziom cukru we krwi i uczucie wewnętrznej satysfakcji. Wszystko skończyło się z chwilą kiedy otworzyłam oczy, a mój zegarek skłamał że jakość mojego snu była bardzo dobra. Właściwie zazwyczaj lubię te jego łaskawe ukłony w moją stronę, ale dzisiaj kiedy miałam wrażenie, że wstanie z łóżka jest wysiłkiem nadludzkim, poczułam irytację i smutek. 

Nawet chat gpt na podstawie rozmowy ze mną zaproponował “rozkosznie ciepłą kąpiel rozluźniającą z dodatkiem soli iwonickiej na ból mięśni” . Nie mam soli, kąpiel nie kojarzy mi się z rozkoszą, po sól musiałabym iść do Biedronki, Biedronka daleko, ja nie mam siły wychodzić potem na czwarte piętro bez windy. Tak, mam wannę i ciepłą wodę ale jak rozumiecie to się już dla mnie nie liczy.

No dobrze, skoro już pochłonęła mnie cała negatywność mojego umysłu to co dalej?

Bo to nie jest opowieść o sukcesie, a przynajmniej nie w kategorii przerób g•wno na perfumy.

Dalej przypomniałam sobie, że istnieje jeszcze ciekawość, co z tego wszystkiego będzie. Ciekawość nieco odciążyła smutek i depresję, bo za nią poszło założenie, że w ogóle coś innego jest możliwe.

Dlatego, jak tylko mogę, odradzam pytania zamknięte zaczynające się od „czy”. Bo „czy coś z tego będzie?” to zupełnie inne pytanie niż „co z tego będzie?”. Pierwsze jest pytaniem wątpiącym, domagającym się odpowiedzi i najlepiej natychmiastowego rozstrzygnięcia. A ja mam już dość wątpliwości. Mam również dość mojej męczliwej i ambiwalentnej postawy, oglądanej nieustannie z pozycji niezadowolonego, surowego Superego.

Czy będzie? Nie, nie będzie!!! Nigdy przenigdy. I że mnie też nic nie będzie.

Co z tego będzie? Och, nie wiem, sama nie wiem.

A co widać?

Widać pochmurny i mglisty poranek. Drugą kawę, którą zrobił ukochany Mąż. Po czym wyszedł z nadzieją, że poprawił mi humor. Widać kilka godzin luzu, które mogę przesiedzieć nienawidząc siebie i świata. Lub mogę pomalować paznokcie. Dobrze jest zacząć od małej rzeczy, która da mi poczucie chwilowego sukcesu. To będzie taka trampolina. Odbiję się odrobinkę wzwyż, bez zbytnich oczekiwań. Dzisiaj mam alergię na oczekiwania.

Jest też wanna, mimo wszystko. I ciepły prysznic. A później się zobaczy. Uznam, że droga powstaje gdy idę.

Tekst: Magda Skomro

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *