Oglądam reklamę Makłowicza, który z Dawidem Podsiadło zachwala usługi bankowe, siedząc na opustoszałym po turystach Helu. I kiedy widzę te szarobiałe fale, wiatr szarpiący złożonymi parasolami plażowymi, tęsknię do tej ciszy, co uspokaja każdy niepokój i tworzy przestrzeń. Do takiej przestrzeni, w której niczego nie trzeba udowadniać, wyjaśniać ani natychmiast nazywać. Moja własna przestrzeń wydaje się często taka krucha: zawalona kompleksami moimi i cudzymi, tymi z Europy i tymi ze świata. Gęstą psychiczną mazią, która oblepia nasze tradycje, upodobania, język i możliwości. ”Ludzie, którzy zaprzeczają istnieniu smoków, często zostają przez nie pożarci. Od środka. (Ursula K. Le Guin)” Im bardziej próbuję coś ukryć i wepchnąć do środka, tym bardziej mnie to zajmuje i ogranicza. Zaczynam się definiować nie poprzez to, kim jestem, ale poprzez to, kim nie chcę być. Krzywy paradoks epoki, która twierdzi, że możemy być tym, kim chcemy. Skupienie na niedostatku uwidacznia go, karmi i pozwala mu rosnąć. Wstyd i lęk stają się pożywką dla tego wszystkiego, czego w sobie nie chcemy zobaczyć. Im bardziej próbujemy temu zaprzeczyć, tym więcej miejsca zajmuje.
W takim ujęciu syndrom oszusta byłby nie tyle przekonaniem o własnej niewystarczalności, ile szczególnym sposobem patrzenia na siebie: przez zniekształcony fragment rzeczywistości, który stopniowo przesłania całość.A tymczasem morze szumi i mruczy, piana obficie zalewa piasek, nagie konary sterczą ponad wodą i z daleka widać molo. I wtedy dopiero wszystko ma sens kiedy mogę objąć wspomnieniem obraz, który zaprasza mnie abym szła w niego głębiej i dalej, odkrywając to wszystko czego nie zauważyłam na pierwszy rzut oka.
Kiedy jestem nad morzem lub kiedy siedzę na ławce w parku lubię przyglądać się rzeczywistości warstwami. Lubię też w taki sposób oglądać obrazy w galeriach i muzeach. Wycieczki się spieszą, ludzie biegną zobaczyć Damę z Łasiczką, zamiast posiedzieć przy Miłosiernym Samarytaninie. Jeśli mam coś obejrzeć aby natychmiast wydać opinię, ergo dać znać czy się znam czy nie (czy mam rację czy nie), to odbieram sobie i innym prawo do swobodnej obserwacji i kontemplacji, wyrywam z pola relacji jakiś fragment a resztę odrzucam i być może już nigdy do tego nie wracam. I rzeczywiście jestem o to uboższa, wyposażona w bezpieczny frazes lub zdanie, które niewiele znaczy.
Zjawisko limitowanego czasu i uwagi stało się dominantą naszych czasów. Od pierwszego wrażenia i jednej szansy, przez 30 sekund kontaktu i pół strony książki otwartej w dowolnym miejscu, po zapowiedź filmu w której jest już wszystko, więc sam film niczym nas nie zaskoczy.
Ma być doskonale, jawnie i natychmiastowo. Tak prosto jak łyk wody: jeśli jestem zwolenniczką to jestem zwolenniczką totalną: mam śledzić posty i wezwania do działania, wchodzić gładko jak w masło i nie zastanawiać się, bo to już zrobią za mnie inni. Pytanie tylko którzy inni i kto na tym zyska. Mam być albo za albo przeciw i to natychmiast. A ja lubię pobyć w “nie wiem” i “to zależy”, jednocześnie ufając że wtedy kiedy będę potrzebowała to wyciągnę moje wiem i moją jednoznaczność będące innymi, czuwającymi w gotowości częściami mnie samej.
Moja pamięć lubi porównania. Nie lubi za to jednoznaczności, bo pamięta więcej niż jeden obraz i więcej niż jedną wersję rzeczywistości. Teraz na przykład oglądam „Stawkę większą niż życie” i przypominam sobie, że kiedy byłam dzieckiem, telewizja była tylko czarno-biała. A jednak oglądając przygody Hansa Klosa, wiedziałam, że niebo jest niebieskie, trawa zielona, włosy aktorek czarne, blond, siwe i rude. Widziałam kolory, bo byłam zanurzona w kolorowym świecie i mogłam wszystko dopasować.
Pamiętam też, że Stanisław Mikulski w latach 80-tych nie przyłączył się do aktorów bojkotujących media i naraził się na spadek popularności. Jednak jakie to ma znaczenie kiedy oglądam go teraz w telewizji? Wtedy jeszcze ani on ani nikt inny nie wiedział jak się potoczą jego losy. Tak samo nie przeszkadza mi słuchanie Modern Talking z czasów, gdzie żaden z wykonawców nie mówił po angielsku mimo, że wszystkie piosenki były w tym języku. Czy ma mi to przeszkadzać kiedy nucę You’re my heart, you’re my soul i wspominam własną młodość?
Czasami ludzie mnie pytają czemu lubię polskie morze. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Zależy od pogody, miesiąca, mojego nastroju i tego z kim tam jestem. Raz jest tak a raz inaczej. Jednak lubię wracać. Lubię powroty, bo budują kolejne warstwy opowieści i prowadzą mnie za kolejne linie horyzontu.
Tekst: Magda Skomro

