Rozłożyłam się letnią, wytłumioną melancholią na kanapie. Jak to pięknie powiedział Jerzy mogę wreszcie zostać sama w domu, tylko ja i moja depresja. Bądź melancholia, albo po prostu zwykła letnia niechęć do życia. Wcale nie taka rzadka jako zjawisko społeczne, jednak dokładnie zakryta przez upały i deszcze, odgłos energicznych robót drogowych i śmieciarki równie dziarsko krążące po okolicy. Zresztą, niezależnie od miejsca, moje letnie uczucia pozostają niezmienne: czy w nadmorskim kurorcie pośród hotelowych gości, czy przy stoliku na francuskim Montparnasse pod czujnym okiem kelnerów, dla których zamawianie i płacenie równa się prawo do oddychania, czy na spacerze pełnym rozrzuconych worków foliowych i śmieci z widokiem na góry w tle.
Co roku piszę co najmniej jeden tekst o tym, jak trudno jest mi się cieszyć latem, a raczej o tym jak właśnie letnia pora sprzyja poczuciu smutku, lekkiego rozgoryczenia czy nawet pewnym odcieniom paniki, że jak teraz się nie uda (odpocząć, wybawić się, zaszaleć, wyspać – niepotrzebne skreślić) to nie uda się to już nigdy.
Tak wiele oczekiwań i tak wiele wysiłku włożonego w stworzenie idealnego czasu idzie na marne, z kolejnym stopniem na słupku termometru, hałaśliwą muzyką i wybijającą się na pierwszym planie zaskakująco klarowną myślą, że to już wszystko było: w zeszłym roku, dwa i trzy lata temu i jeszcze dawniej. I że chyba jedyne co pozostaje to przeczekać. A przeczekiwanie jest sztuką samą w sobie, inaczej rozłożymy się na czynniki pierwsze w oparach waty cukrowej i lemoniady w cenie całkiem niezłej butelki wina. Pomysłowość ludzka nie ma granic w amplifikowaniu wakacyjnych rozrywek, z których nic nie wynika poza, być może, poczuciem rozczarowania i rezygnacji.
Gdyby jednak zaryzykować i nie uciekać od podziemnego strumienia błękitnych fal znudzenia i bliżej nieokreślonej tęsknoty, mogłoby się okazać że robak który nas toczy jest niczym skarabeusz, święty żuk Egiptu, symbolizujący boga Chepri, którego imię znaczy „Ten, który się rozwija”. Żuki były czczone jako istoty odradzające się z niczego. To dobra zapowiedź i obiecujący początek dla wielu z nas, zawieszonych w poczuciu nieznośnej lekkości bytu lub pustki niczym echolalii odbijającej się od krawędzi obowiązku i zdrowego rozsądku. Rozwijać, ale co? I po co?
Gerard Nevral, francuski pisarz i poeta utrzymywał że “Melancholia jest chorobą, która polega na postrzeganiu rzeczy takimi, jakimi są.”
Urzeka mnie ten cytat, bo pozwala uznać, że stan w jakim się znajduję paradoksalnie mi służy. Potrzebuję się zatrzymać i poczuć, że coś nie ma sensu, że czegoś mam dość, że kręcę się w kółko. Zobaczyć co jest i jak jest, a zwłaszcza czego nie ma, i być może nigdy nie będzie. Zmęczyć się sobą, taką jaką znam z poza wakacyjnej codzienności: tą sensowną, poukładaną, odpowiedzialną osobą, która na pewno wie czego chce.Puścić wypracowane rutyny, rozpoznane ścieżki i gotowe rozwiązania. Zakwestionować rzeczy oczywiste. Poszukać odpowiedzi na nowo, nawet jeśli te poszukiwania zakończą się fiaskiem. Potrzebuję dobić do granicy absurdu, ale żeby to zrobić muszę najpierw rozłożyć się na kanapie. Bynajmniej nie w poczuciu błogiego dolce far niente czy carpe diem, gdyby przypadkiem kojarzone było z pasywnym odpoczynkiem (chociaż nie jest). To leżenie na kanapie w poczuciu straconego czasu jest ciężką pracą w kierunku powrotu do samej siebie. Zanim to się stanie minie pewien, bardzo nieokreślony czas kilku tygodni.
Bo wywracanie świata do góry nogami po prostu jest czasochłonne.
Tekst: Magda Skomro
obraz: Nicoletta Tomas Carreira

