Sporo czytam ostatnio o magii ceremonialnej i magii enochiańskiej: o znaczeniu rytuału i ceremoniału. Skupienia na detalu, który ma znaczenie: ubioru, odpowiednich słów, kroków, godzin, dat, liczb. Procedury przygotowania przestrzeni i poszczególnych rekwizytów. Ta lektura prowadzi mnie wprost do pojęcia mimetyzmu w kulturze i religii: do magii sympatycznej, do wcielania się w postaci bóstw, a nawet do teatru. Bo czymże jest teatr jeśli nie odgrywaniem pewnych ustalonych ról i zachowań?
Z teatru jest już tylko jeden krok do psychodramy. Do tej szczególnej sytuacji, w której przyjmujemy role i odtwarzamy zdarzenia, relacje i doświadczenia z przeszłości. Wracamy do tego, co było, ale nie po to, żeby jeszcze raz przeżyć dokładnie to samo. Odtwarzamy sceny, zmieniamy role, próbujemy innych rozwiązań, aż wreszcie pojawia się możliwość zobaczenia czegoś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. I być może właśnie w tym momencie dokonuje się przemiana: przeszłość pozostaje niezmienna, ale zmienia się nasze doświadczenie tego, co się wydarzyło.
Rytuał, powtarzalność, transformacja, katharsis, integracja i wynik tego alchemicznego procesu jest obecny w naszym doświadczeniu cywilizacyjnym od zarania dziejów. Stopniowo ubraliśmy go w unaukowione teorie, jakoś tak gładko pomijając fakt że odkąd ludzie odkryli istnienie sacrum, świętego pierwiastka w otaczającym świecie to próbują za pomocą różnych metod zbliżyć się do niego i połączyć z codziennym życiem i tym co nazwalibyśmy profanum: zwyczajnością nie przystającą do boskiej doskonałości i piękna.
Taniec dwóch energii, żywiołów które jak Shiva i Shakti łączą się aby na nowo opowiedzieć świat.
No a co, jeśli na nic zdadzą się nasze usiłowania, aby świat był cywilizowany, świecki, przebadany i przewidywalny? Nazywanie pewnych zjawisk nie oznacza przecież, że jesteśmy ich twórcami. Oznacza jedynie, że próbujemy je rozpoznać, opisać i zrozumieć. Oswajamy w ten sposób trwogę przed tym, czego nie pojmujemy, i czasami nawet nieźle nam to wychodzi. Tyle że nazwanie czegoś nie musi oznaczać dotarcia do jego źródła. Być może dlatego, że źródło znajduje się poza naszym zasięgiem. I może właśnie dlatego potrzebujemy bogów, duchów, mitów i całej tej niezwykłej menażerii, która pozwala nam nawiązać kontakt z czymś, czego nie potrafimy ani zobaczyć, ani zmierzyć. Tworzymy awatary, pośredników między światem codziennym a transcendentnym, żeby ostatecznie spróbować dotrzeć tam, gdzie nie ma już ani imion, ani postaci. Tam, gdzie króluje Atman, Absolut i Bóg, który nie ma ani imienia, ani oblicza.
Zrobiło się wzniośle. Jednak czy to oznacza, że nasze wysiłki rodem z książek Pratchetta są zbyt wulgarne i niskie? Nie sądzę. Świat od zawsze składał się z różnych warstw, przynajmniej w naszych wyobrażeniach o jego naturze. W szamanizmie odnajdujemy świat dolny, środkowy i górny, w niektórych tradycjach czarownic trzy światy i trzy dusze, w chrześcijaństwie piekło, czyściec i raj. Możemy tak wędrować po tych trójkowych podziałach, odkrywając ich znaczenia, podobieństwa i różnice. Ale oprócz światów mamy też przecież ich mieszkańców: wiedźmy, guślarki, czarownice, wróżki i czarodziejki. Krasnale, ogry, elfy, centaury, wiedźminów i czarowników. W dzisiejszej nomenklaturze jedni skończyli podstawówkę, a inni zrobili studia. Czasami się ze sobą kłócą, a czasami sobie pomagają.
Z łatwością mogę sobie wyobrazić jak najlepiej wykształceni w dzisiejszych czasach pokończyli różne kursy i szkoły, w ramach których oferują usługi: terapii, hipnozy, energii kwantowej lub fantomowej chirurgii, w zależności co kto umie i potrafi.
Jednak, żeby pewne sprawy się zmaterializowały trzeba rytuału. Czegoś co podąży za słowem i obietnicą i ucieleśni w rzeczywistości. No i tutaj zapewne w grę wchodzą różne układy z bytami i duchami, z tymi co mówić pięknie nie potrafią ale znakomicie znają się na ziołach i magii ludowej. Tych co potrafią zaszeptać i odczynić, przewidzieć i zastraszyć na śmierć. Cała ta plejada co się męczy i stara gdy arystokracja pracuje w białych rękawiczkach mówiąc wiele o polu, procesie i podświadomości.
Apropos, przydałaby mi się kolejna piwnica. Zima idzie więc trudno oczekiwać, że całe to towarzystwo będzie siedziało w godzinach pracy w krakowskich parkach.
Tekst: Magda Skomro

