OŁTARZ POŚWIĘCENIA I CZERWONA SZMINKA

Ostatnie dni są intensywne i ciasne. Tak jakby coś się do mnie próbowało przebić, ze wszystkich stron ograniczając moje normalne życie. Mam czasami ochotę stanąć i zapytać: okej, co się próbuje pokazać? Czego ja nie słyszę? Co pomijam tak uparcie, że proces chce przejąć nade mną kontrolę?

Może to kazimi Merkurego: moment olśnienia i jasności, porzucania tego co nie służy, definiowania na nowo siebie. Szkoda tylko, że mam uczucie przepychania się pod prąd tego momentu, jakbym próbowała go pominąć i zlekceważyć.

W zamian popadam w zmęczenie, chaos i niezadowolenie — na zmianę albo we wszystkie naraz. Topię w nich świadomość, która najwyraźniej coś już dostrzega. Ja natomiast, jak zwykle niechętna zmianie, robię wszystko, żeby tego nie zauważyć.

Niechęć do zmiany mam wpisaną w krwioobieg. Każda możliwość tworzy podejrzliwość – jak to pięknie się rymuje. Mogłabym powiedzieć, że wyssałam ją z mlekiem matki i wcale bym nie skłamała.

Och moja mała, jakie to męczące.

Kiedy myślę, jak umiejętnie i z jaką determinacją robię sobie pod górkę, czuję na sobie ciężar rodzinnych przekazów i wychowania. Wraca do mnie genogram, który zrobiłam przed laty, i słowa prowadzącej: „Kobiety w Twojej rodzinie składają siebie na ołtarzu poświęcenia. Pamiętaj, abyś tego nie zrobiła własnej córce”.

Te słowa mnie zmroziły.

I zostały ze mną na lata.

Jednak tak już chyba jest, że póki nie jesteśmy gotowi, sama wiedza nie wystarcza. Nawet najszczersza chęć, żeby czegoś nie powtarzać, nie chroni przed powtarzaniem. Trzeba najpierw poczuć, żeby później móc zmienić. Bo jak inaczej dzieci mają się od nas uczyć, jeśli nie przez obserwację?

Najchętniej złożyłabym się na ołtarzu poświęcenia dla własnych dzieci, to by było najprostsze. Najtrudniej mi zacząć żyć dla siebie także po to, aby moje córki wiedziały jak się to robi.

W tym kazimi, wczoraj, dzisiaj jest jakaś duszność i głucha determinacja (czyja? kosmosu? Boga?) aby mnie z czegoś wyrwać. Jest też moja zaciętość, opór: akcja – reakcja. Co wygra?

Czasami mam marzenia o miłym, przyjemnym życiu. Można powiedzieć: kto takich nie ma? Ja, bardzo długo nie miałam. Miało być trudno, ambitnie i rozwojowo. Kręciły mnie te wszystkie zawody i profesje, które wymagają, rzucają wyzwania i oczekują całkowitego złożenia się w ofierze. Grzebanie w motywacji do wykonywania zawodu pomagacza, które rozbroi moje wszystkie mechanizmy i zostawi czystą energię profesjonalizmu i neutralności. Na szczęście i to mija. Jednak zostaje pustka i pytanie co dalej.

Może dlatego rano piję niespiesznie kawę, patrzę na dachy budynków i cieszę się, kiedy świeci słońce. Potem zakładam duże kolczyki, cygańskie koła, absolutnie za duże na jakąkolwiek pozycję terapeutyczną i elegancki dystans. A usta maluję szminką, niezmiennie czerwoną jak sztandary Marsylianki.

Ciekawe, co myślą o mnie przechodnie? Kiedy taka luźna i kolorowa idę szybko, zawsze za szybko, do pracy, którą sama sobie wymyśliłam i wykonuję. Bo ja, kiedy ich mijam, zawsze się uśmiecham i staram się patrzeć życzliwie. Wiem, ile znaczy sytuacja, kiedy obca osoba wygląda, jakby Ci dobrze życzyła. Wtedy możesz delikatnie zwrócić się w stronę świata, zamiast kurczowo trzymać się rodzinnych nakazów. Możesz na chwilę uwierzyć, że wszystko jest możliwe.

Tekst: Magda Skomro

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *