W “Ostatniej sesji w Paryżu” Lilian (Judie Foster), ceniona psychiatrka,dowiaduje się o śmierci swojej pacjentki i podejmuje w tej sprawie prywatne śledztwo. W trakcie rozwoju fabuły, gęstej od niedomówień i niekoniecznie oczywistej symboliki, świat Lilian ulega stopniowej przemianie, w której rozpadają się jej obrony i iluzje z których budowała życie. Kiedy wychodziliśmy z kina, Jerzy powiedział że film był nudny, z punktu psychoanalizy płytki a dla ludzi chyba niezrozumiały. To prawda, że mało było osób na sali, ale nie wiem czy to ostateczny argument. Obecnie zainteresowanie zależy od reklamy a widz masowy niekoniecznie pochłania z niepohamowaną pasją dzieła Słowackiego z okresu mistycznego oniryzmu (jeśli czytałeś/czytałaś Sen Srebrny Salomei daj znać koniecznie). W każdym razie zdesperowana bohaterka, która z niezrozumiałego dla niej powodu nie może przestać płakać, trafia na hipnozę. Praca z podświadomością uruchamia w niej kontakt z życiem, nieodbytą żałobę, tęsknoty i pragnienie porzucenia wygodnej pozycji analityczki, która nagrywa ludzi na dyktafon, oddzielający ją od prawdziwych rozmów i emocji. Historie, które pojawiają się w trakcie hipnozy przynajmniej pozornie odwołują się do wspomnień z poprzednich wcieleń.To co ważne często ukrywa się w naszym umyśle pod postacią metafory, niezależnie czy rozmawiamy o przeszłych życiach czy bambusowej klatce pośrodku zielonej i pulsującej emocjami dżungli. Może być też las, do którego boimy się wejść, albo łąka która przynosi ulgę i zabiera zmęczenie. Póki próbujemy działać tylko z poziomu logiki i intelektu, to co ważne jest nadal pominięte i wypchnięte, nie ujęte i nie opowiedziane ale jakże znaczące, trwałe i destrukcyjne. Rozszczepiamy marzenia, wartości, to co możemy i to czego już nie możemy, oddzielamy grubą kreską to na co jeszcze jesteśmy za młodzi i na to na co już jesteśmy za starzy, na to co wypada a na to co nie. I szukamy uparcie jasnej nazwy na wszystko inne, tak jakby ta nazwa niczym biblijne słowo miało nas stworzyć w wersji na którą ciągle czekamy a ona nie nadchodzi. A może właśnie chodzi o to połączenie – conjunctio – alchemiczny proces w którym nic nie jest ostatecznie ani jasne ani ciemne, bo wszystko jest jednością. Nie ma znaczenia czy coś lubimy czy nie, czy nam się podoba czy zupełnie nie. Chodzi o to co z tym robimy. I czy robimy. Czy szukamy. Ja ciągle szukam gdzieś pomiędzy analizą, hipnozą, tarotem, opowieścią, wschodami i zachodami słońca, deszczem i wszystkimi momentami które sprawiają, że jestem. Jestem i tą która pragnie, i tą która się boi, tą która wie i tą która się dowiaduje. Codziennie rano przypominam sobie to o czym nie pamiętam, tworząc szansę na niespodzianki.

