Kto by w słoneczne, w miarę ciepłe niedziele chciał chodzić na cmentarze? No cóż, ja na przykład. Lubię cmentarze, o ile są stare, cieniste, ciche i zarośnięte drzewami. Mogę się czuć jak Ania z Zielonego Wzgórza z tą jej romantyczną fiksacją przechadzek pośród grobów alejkami albo Wednesday Addams, która z racji narcystycznego rysu swojego ciekawego charakteru w sposób szczególny ceniła makabrę i spanie w trumnie. Tak czy inaczej, wolę cmentarze w letnie, ciepłe popołudnia, kiedy temperatura powietrza jest tam niższa o kilka stopni. Dobre do siedzenia na ławce i czytania książek, całkiem znośne do spacerów z wózkiem dziecięcym, o ile alejki są asfaltowe i dostatecznie szerokie. Szpalery drzew wraz ze szpalerami eleganckich kamiennych nagrobków podziwiają w milczeniu moją obecność, a ja słucham ciszy, a czasami szumu drzew lub z rzadka rozmów prowadzonych szeptem, w pośpiechu, jakby w zawstydzeniu, że komuś przeszkadzamy. Pytanie tylko, w czym przeszkadzamy: czy może w spokoju wiecznym?
O ten spokój dopominamy się nieustannie za życia, właściwie w każdej chwili robiąc efektowny zwrot lub manewr w jego kierunku. Dla tego spokoju rezygnujemy z miłości, zabawy, szczerości, pasji, pieniędzy, kariery lub związku, w którym wydarza się coś więcej niż wspólne oglądanie telewizji.
Błogość ma nastąpić po śmierci, o ile odpowiednio ciężko namęczyliśmy się za życia. Bo na zbawienie trzeba zasłużyć, a czym sobie zasłużymy, żyjąc ot tak, w zadowoleniu, realizując pragnienia, cicho śmiejąc się do poduszki i patrząc z zachwytem na wschód słońca znad filiżanki kawy? Nigdzie nie opisano przyjemnego życia jako jednej z możliwości dostania się do nieba. Życie ma być prawe, krzyż obecny (lub jakiś inny symbol w zależności od religii), ubóstwo wskazane, a ograniczenia i asceza miłe Bogu. O rozkoszy jest za to bardzo dokładnie w „Boskiej komedii” Dantego, a dokładniej we fragmencie o kręgach Piekła.
Gdyby jednak założyć istnienie życia po śmierci, gdzie wszyscy na nas machają ręką, bo Oni i My jesteśmy czystą świadomością, to nie chciałabym spoczywać na cmentarzu w świętym spokoju. Wizja Sądu Ostatecznego też jest dla mnie, mówiąc współczesnym językiem, mało komfortowa, bo po pierwsze, ani mi się śni paradować na golasa jak na plaży nudystów w Chałupach, a po drugie, jestem zodiakalną panną i obawiam się krytyki ze względu na własny perfekcjonizm. Zamiast leżeć w spokoju, miałabym gonitwę myśli w głowie i, delikatnie mówiąc, z tego wiecznego odpoczynku byłyby nici.
To, co by mnie interesowało najbardziej, to słuchać, co ludzie opowiadają o zmieniającym się świecie. Siedzieć na gałęzi jakiegoś rozłożystego drzewa i rozmawiać na różne tematy, z perspektywy dostępu do całej mądrości świata. Chciałabym też podróżować po innych światach i planetach, tak jak to opisywał Robert Monroe, a zwłaszcza często wpadałabym do Focusu 27, takiego odpowiednika ateistycznego raju, pełnego bibliotek, naukowców i świętych. I jestem przekonana, że byłoby nam bardzo, ale to bardzo wesoło.
I myśląc o tym wszystkim, wyszorowałam dzisiaj z kuzynką Edytą nagrobek ciotki Ireny na cmentarzu podgórskim, a następnie udekorowałyśmy go taką ilością zniczy i kwiatków, że przy odrobinie szczęścia nikt go sam nie znajdzie. No chyba że ciotka też nie lubi świętego spokoju i będzie krzyczeć za odchodzącym: „Halo! Tutaj, ty niezdaro! Dawaj te kwiatki, zmieszczą się jeszcze. I koniecznie opowiedz mi coś ciekawego”.
Amen.

