ZAPACH KOŃCÓW I PODSUMOWAŃ

Kiedy nadchodzi miękka, zamglona jesień, najważniejsze znowu stają się zapachy: słodycz dojrzałych jabłek i soczystych śliwek, gęste kakao w ciemnej czekoladzie, które obiecująco odpręża i rozgrzewa. Bergamotka w Earl Greyu jest miłym akcentem cytrusowym, wolno wypełniającym tło dnia, zupełnie jak róża w Coco Mademoiselle, która nagle podbija przyjemność mijania kobiet na ulicach Krakowa. Luksus francuskich perfum miesza się z głosami i śmiechem turystów stojących pod Kościołem Mariackim w oczekiwaniu na następny hejnał. Wielu siedzi jeszcze w ogródkach, mimo października, inni po prostu spacerują, zanurzeni w gwarze, który odbija się od chodnika i ścian kamienic. Miasto szumiące słowami, cytatami i zdaniami przynosi w sobotnie popołudnia rozleniwienie, obietnicę bezpieczeństwa, którą nocą zabierze cisza i mrok.

Dzisiaj umarła kolejna osoba, która miała mniej więcej tyle lat, ile ja. Pamiętam ją z czasów studiów, a później o niej zapomniałam aż do dzisiaj. I dzisiaj, kiedy o pełnej godzinie trąbka lśniła ponad ludzkim tłumem, a dzieci machały w nadziei na kontakt z hejnalistą, przyszła mi myśl, tak nagła jak mój szybki chód po płycie rynku, że przyszła na nas pora. Na moje pokolenie.

Szybko. Czy nie za szybko? Czy na śmierć jesteśmy przygotowani, kiedy świat dookoła zapewnia, że przed nami tyle lat, wspaniałych lat życia? I czy jest dobra pora na śmierć? O czym myślimy, kiedy nasze życie z różnych powodów się zawiesza, związki kończą, praca wydaje się ciągiem bezsensownych tortur, a noce są długie i nieskończenie trudne? Być może wtedy marzymy o końcu, tylko czy o takim?

Lubimy być nieśmiertelni, odkładać na później lub zwyczajnie nie mieć ochoty na to czy tamto, za czym kiedyś będziemy tęsknić albo żałować, że jest już za późno.

Na co jest za późno, kiedy jeszcze żyjemy?

– Przychodzi tutaj do mnie taka stara pudernica, zawsze w perłach. Wszystko ma, o, tak naciągnięte. Równo i elegancko jak od linijki – śmieje się piercerka z Grodzkiej, robiąc mi kolczyk w nosie.

– Ja też już jestem starą pudernicą, wiem, jak to jest. – Uśmiecham się krzywo.

– O nie, ty jeszcze, kochana, nie jesteś, to za jakieś 30, może 40 lat.

Dostałam kolejne lata życia, kolejną szansę od anioła igły i tuszu. Każdy ma swojego anioła, nie każdy mówi tak dosadnie.

Przeszłam ponownie przez rynek, tym razem wolniej. Poczułam, że mam zmęczone ciało, poczułam wszystkie zapachy na raz. I mój też: L’Heure Bleue, niebieska godzina. Gruszka, jaśmin, irys, wanilia ułożyły się gładko na mojej skórze, a ja ugięłam się pod całym ciężarem życia, wszystkimi latami, w których pędziłam w nieskończoność, której nie ma. Ktoś z moich znajomych nazwał te perfumy cmentarnym, ale miłym zapachem. Oby ta przepowiednia też się sprawdziła. Najlepiej nieprędko.

Tekst: Magda Skomro

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *