Sobota przywitała mnie niezdecydowaniem. Nawet pogoda zrobiła się niedopowiedziana: może będzie padać a może nie. Jednak czekanie na deszcz między 10.00 a 12.00 a potem pomiędzy 12.00 a 14.00 nie przyniosło spektakularnego rezultatu. Zresztą, o czym miałby być ten deszcz: o możliwości czy o przeszkodzie? Czy ja wolę iść na spacer czy zostać w domu – tutaj również nie mogłam dojść do sensownego konsensusu. Zajęłam się więc intensywnym piciem kawy i czytaniem Valerii Perrin, mojej ostatnio ulubionej autorki. Dla niej nawet na chwilę porzuciłam marzenie o zostaniu drugą Agathą Christie, na rzecz powieści obyczajowej i klimatycznie intymnej. Oczywiście, jak każde marzenie i to wróci, w najmniej spodziewanym momencie. W każdym razie czarna kawa i opowieść o dozorczyni cmentarza zawróciła mnie w tematy rodzinne. Łatwiej mi czytać o grobach i zmarłych, myśleć o nich a nawet pisać niż odwiedzać ich na cmentarzu. Może to odwrotność sztywnej procedury cotygodniowych odwiedzin i butelki z wodą ukrytej przy pomniku do podlewania kwiatów? Łatwo przypominam sobie różne historie z życia mojej rodziny, być może jako zaprzeczenie tego, że życie się kończy. Ostatecznie podobno ludzie tyle żyją ile o nich pamiętamy. A ja pamiętam tyle co słoń, i to taki zaprawiony w bojach. Podróżujący w przestrzeni planetarnej świadek tego co robiła moja Matka, moi Dziadkowie, Ciotki i Wujkowie. Oprócz tego pamiętam dokładnie wszystko to co powiedzieli moi Klienci, ludzie na ulicy, pani w sklepie który mijałam przypadkiem oraz sąsiad, który coś mruczał pod nosem. Pamiętanie jest znakomitą wymówką, żeby nie czuć, bo czy można czuć wszystko na raz? Podobno kiedy umieramy tak właśnie jest, a ja jeszcze nie chcę umierać. Mam czas. Chociaż czasami rozmawiam z ludźmi, którzy doświadczyli śmierci klinicznej i nie wygląda to źle. I zdarza mi się tęsknić do tych fragmentów własnych wspomnień, co nawet budzi moją ciekawość. Ale na razie w bardzo umiarkowany sposób.
Zapach kawy, która tak naprawdę jest owocem wiśni zaprowadził mnie w zgubne, bo komercyjne meandry zapachów alternatywnych. I przypomniałam sobie zapach Lost in Cherry, który na mnie pachniał tak sobie, ale na mojej młodszej córce był cudowny, upajający i rozkoszny. Bo skóra szesnastolatki pachnie inaczej niż skóra pięćdziesięciolatki: niesie w sobie jeszcze ten cały obszar, który dopiero się wypełni więc teraz absorbuje co się da. Zapach jest zapachem, który oszałamia, a cień do powiek ma w sobie wszystkie odcienie tęczy. Na mojej skórze już nie ma tyle miejsca, trzeba to wszystko upchać w kwadrach jak na komunalnym cmentarzu: coś pachnie i jest jakiegoś koloru. Ale zachwyt możliwościami, które niesie życie bardzo się kurczy od pewnego momentu, nieważne co kto próbuje powiedzieć odkrywczego o menopauzie. Serio.
I jeszcze tylko przypomniałam sobie o obrazie Franka Daske, który ma uroczy zwyczaj nadawania tytułów które kończy “with E.Hopper”. Zamówiłam jeden z nich: At the beach house with E.Hopper i teraz patrzę na pustą ścianę w salonie i widzę kobietę w domku nad morzem, która patrzy na wodę i plażę i myśli. O czym myśli? Może o samotności, może się nudzi a może czeka na kogoś: męża, kochanka, przyjaciółkę? Życzę jej aby ta chwila była nabrzmiała jak dojrzała wiśnia: pragnieniem, tęsknotą i marzeniem. Bo kiedy będę patrzyła na ten obraz, chcę czuć się tak samo. Pijąc kawę z Edwardem. Edwardem Hopperem oczywiście.
Tekst: Magda Skomro
Obraz: Frank Daske, At the beach house with E.Hopper

