TERAZ ZACZNĘ OD DYMU Z KOMINA

Jerzyki latają popiskując w rytm zbliżającej się nocy. Letni wieczór zapada powoli, łagodnie. Nigdzie mu się nie spieszy. Światła żarzących się latarni lekko zachodzą na błękitno-kremowe niebo z odrobiną szarości i mgły.

Przez okno widzę okoliczne balkony, które zamieniają się powoli w płomienne kwietniki, przeplatane czystą ciemną zielenią liści i cieniem, który pada tutaj od północnej strony. Kolor kwiatów i liści jest głęboki, wilgotny mimo panujących w poprzednim tygodniu upałów tak, jakby przyroda miała jeszcze wystarczające siły aby obronić się przed suszą.

Kilka lat temu jerzyk z uszkodzonym skrzydłem utknął pod jednym z balkonów. Uratowaliśmy go, pomogli nam sąsiedzi, z którymi od tamtego momentu wymieniamy uśmiechy i uprzejmości. Gest ratowania rannego ptaka, zbiorowa solidarność i współczująca siła tej współpracy bardzo nas zbliżyły.

Lubimy te momenty, kiedy możemy być bardziej ludzcy, bardziej nostalgiczni, wyrozumiali, sentymentalni. Kiedy działamy z odruchu serca i możemy o sobie dobrze myśleć.

Łapiemy chwile: staruszkę na przejściu, pana, który szuka adresu, dziewczynę w sklepie, której zabrakło 20 groszy.

Patrzę wtedy ludziom w oczy. Mam nadzieję, że odbijają duszę.

Własną duszę oglądam w lustrze łazienki i toaletki. Mam wrażenie, że ostatnio stała się delikatnie mniej obecna. Gdzie przebywa? Może w krainie snu, jednak nie pamiętam żadnych snów. Skończyły się jakieś dwa miesiące temu, kiedy poczułam się zmęczona i smutna. Jak zawsze latem. Tęsknota nie wiadomo za czym lub do kogo. Może za tym kim byłam i już nigdy nie będę. Bo przeszłość zabiera ze sobą możliwość powtórki na zawsze. I nawet jeśli coś zrobię teraz, co robiłam kiedyś lub nie zdążyłam zrobić – będzie to zupełnie inna historia.

Gdybym umiała przywołać Sandmana, wyciągnąć go z jego zamku z piasku i mgły co by mi powiedział? Może to samo co Leopold Staff: 

Budowałem na piasku

I zwaliło się.

Budowałem na skale

I zwaliło się.

Teraz budując zacznę

Od dymu z komina.

Dym niesie w sobie zapach wędzonego drewna. Przekształca to co stałe w to co ulotne. Rozrzedza, snuje, niesie z wiatrem dalej i dalej. Może to lepiej. Może uniesie mój letni smutek serca, przewieje ponad wzgórzami i lasami, rozpuści w czystym błękicie Adriatyku, białym nadmorskim piasku. A ja zostanę tutaj i będę mogła patrzeć w oczy sobie i ludziom z uśmiechem.

Tekst: Magda Skomro

Obraz: Gülden Demirci

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *